28 mar 2017

Niech będzie pochwalony w urzędzie pocztowym!

Od pewnego czasu mam problem związany z urzędami pocztowymi, a w zasadzie z wizytami w nich. Naprawdę nie wiem, jak się zachować, wchodząc do tych placówek użytku publicznego. Dylemat jest poważny, bo nie mam pojęcia, czy się żegnać, czy raczej od razu rzucać się na kolana, a drogę do "okienka" pokonywać niczym cierpiętnik. Ludzie, jak tam pięknie, jak odświętnie, jak pobożnie! Czego tam nie ma... jak na odpuście, jak w sklepie z dewocjonaliami. Są i książki kucharskie autorstwa sióstr zakonnych, i kalendarze z papieżami, i święte obrazki, i kolorowanki z aniołkami, i znicze nagrobne, i medaliki, i różańce, i wszystko to, co potrzebne do modlitwy - a nawet więcej. Istny raj na ziemi. Wiadomo, lepiej wiedzieć, jak zareagować na zastaną rzeczywistość, bo nie chciałbym nieświadomie popełnić faux pas, za co musiałbym się wstydzić do końca swych marnych dni.   

Szczerze mówiąc, dziwię się temu, że jeszcze nie wstawiono do każdego punktu pocztowego konfesjonału. Przecież to odpowiedni, naturalny krok w obranym kierunku, bo połączyłoby się miłe z pożytecznym. Po co marnować czas, czekając w długiej kolejce, skoro można by w tym czasie się wyspowiadać. 

Znając umiejętność dostosowywania się Poczty Polskiej do warunków rynkowych, można mieć nadzieję, że niedługo w każdym punkcie pocztowym będzie można kupić żywe przynęty, czyli białe i czerwone robaki, rosówki itp. To byłby wspaniały gest, ruch w stronę nas, wędkarzy. Być może zacząłbym życzliwszym okiem spoglądać na listonosza, bo już nie tylko przynosiłby mi wezwania do zapłaty, ale także dżdżownice kalifornijskie. Cóż, dżdżownice jak dżdżownice, ale zawsze to jakiś powiew Ameryki w marnym życiu polskiego wędkarza. Los Angeles, San Diego, San Jose, San Francisco... ech! Amen. 



26 sty 2017

Zabierasz, skrobiesz!

"Mięsiarstwo - stan umysłu, zespół zachowań charakteryzujący jednostki traktujące wędkarstwo wyłącznie jako sposób na pozyskiwanie rybiego mięsa. Często z pominięciem, odrzuceniem jakichkolwiek norm pisanych i niepisanych. Wielkość pozyskiwanych ryb nie ma znaczenia, liczy się ilość. Ilość opisywana kilogramami. Pozyskiwanie ryb generalnie następuje bez względu na zapotrzebowanie czy możliwości przerobowe. Co nie zostaje zjedzone, jest rozdawane - często dochodzi do problemów z przechowywaniem, magazynowaniem. Mięsiarstwu zazwyczaj towarzyszy odrzucenie jakiejkolwiek przyjemności wynikającej z wędkowania. W dużej mierze jest to warunek spełnionego miesiarstwa, mięsiarstwa przez duże M. Hasłami przewodnimi, reprezentującymi m. są: "Karta musi się zwrócić", "Przecież zapłaciłem za ryby", "Ch...j ci do tego!", "Chcesz w ryj?". Mięsiarstwo nie ma twarzy. Jego reprezentanci to ludzie z rozległego przedziału zawodów, o zróżnicowanym statusie społecznym i materialnym. Bywa, że ci bogaci i wykształceni przodują, przewodzą grupie" - prof. Rutilus Esox (założyciel, wieloletni szef Instytutu Badań nad Mięsiarstwem). 


Niniejszym chciałbym obwieścić wszem i wobec, że ponownie dopuściłem się wiekopomnego odkrycia naukowego. Nieskromnie napiszę, że dokonałem przełomu w walce z tak zwanym wędkarskim mięsiarstwem. Zapewne nagroda Nobla dla mnie będzie formalnością, jednak już dziś oznajmiam potencjalnym przyjaciołom, że nie będę nikomu pożyczał pieniędzy, które wiążą się z tym zaszczytem. 

Po wielu latach benedyktyńskich, wyczerpujących badań opracowałem sposób, dzięki któremu nasze wody będą bogate w to, co my, wędkarze, kochamy, czyli w ryby. Będzie można się realizować do upadłego. Jestem pewien, że nawet Anglicy będą do nas przyjeżdżać. Co tam Anglicy! Będziemy niedoścignionym przykładem dla całego wędkarskiego świata. Japończycy ze swoimi aparatami fotograficznymi, Szwedzi, Hiszpanie znad Ebro - to potencjalni goście naszych pięknych rzek i jezior. Właściciele hoteli, pensjonatów i gospodarstw agroturystycznych właściwe już teraz mogą zaczynać naukę języków obcych, bo będzie można zarobić trochę grosza. Mi neme its... tfu! My name is... 

Niecierpliwy czytelnik zapewne zapyta, na czym polega przełom, odkrycie? Już wyjaśniam. Idea mojej metody jest bardzo prosta, ogranicza się tylko i wyłącznie do jednego nakazu, który brzmi następująco: zabierasz, skrobiesz! Proste, ale genialne, prawda? Prowadząc wspomniane badania, przypadkowo dokonałem innego, ale równie ważnego odkrycia. Oto ono: Pan Bóg stworzył kobietę, żeby było komu skrobać ryby. Mając to udowodnione i opisane, nie pozostało mi nic innego, jak połączyć nici wiodące do celi. Cel został osiągnięty, co za chwilę udowodnię. 

Teraz przechodzę do części naukowej, więc proszę o wyjątkowe skupienie. Zaobserwowałem, że zdecydowana większość wędkarzy to mężczyźni. Udowodniłem, że panowie w 99,99% przypadków nigdy nie skrobią złowionych i przyniesionych do domu ryb. Zazwyczaj wszystko sprowadza się do dumnego rzucenia siaty z rybami pod nogi żony, nawet bez słowa wyjaśnienia, a następnie do udania się z kumplami, zazwyczaj z tymi samymi, z którymi wędkowali, do baru czy knajpy. Oczywiście w celu zrelaksowania się po ciężkim dniu czy nocy nad wodą. Ale nie tylko, bo także istotą takich wypadów z kumplami na piwo jest przeżywanie i emocjonalne konsumowanie zwycięstwa nad zmiennocieplnymi stworzeniami. Mówiąc w dużym skrócie: jest to festiwal "czego to nie złowiłem", "ile to nie złowiłem", "jak mi nie pier...", "a inni to tylko patrzyli" itp. Oczywiście w trakcie takich biesiad jest ustalany termin następnych łowów. I tak w kółko. Mijają dni, tygodnie, miesiące, lata. Nic się nie zmienia, może oprócz worów pod oczami żon. W dużej mierze od wspomnianego notorycznego skrobania ryb po nocach. Bo nie jest tajemnicą, że gdy szanowny mąż wraca do domu o czwartej nad ranem po gitarę, małżonka jest dopiero w trakcie filetowania czy mielenia co większych leszczyków. A gdzie reszta, czyli płotki, krąpie, okonki, wzdręgi? 

W celu uzdrowienia sytuacji musi dojść do ustawowego nakazu skrobania własnoręcznie złowionych ryb. Nie ma od tego odwrotu. Już nie będzie piwka, kumpli, kebabów i przechwałek. Nie uwalniasz ryb, będzie własnoręczne skrobanie! Wędkowanie, skrobanie, wędkowanie, skrobanie. Aż do skutku. A jaki będzie skutek? A no taki, że po czterech nocach spędzonych na skrobaniu rybek, zmięknie rura największemu miłośnikowi rybich mielonych kotletów. To pewne. Wyniki moich badań jasno wskazują, że mężczyźni nie zrezygnują z piwa i kolegów, szczególnie po wędkowaniu, oj nie. Który z nas zamieni butelkę piwa na skrobaczkę? Piwo, skrobaczka, piwo, skrobaczka. Piwo! Wolność!

A ryby? A ryby zostaną tam, gdzie ich miejsce - w wodzie. Wtedy to dopiero będzie można opowiadać, ha! Już nie o kilogramach drobiazgu, ale o okazach, o rekordach, o heroicznej walce z potworem z głębin. Takie to będą czasy. 

Żeby wprowadzić w życie mój plan, konieczne będą testy i badania na odpowiedniej grupie wędkarzy. Wydaje się, że idealni byliby kawalerzy. Tak, trzeba przeprowadzić przymusowe badania wędkujących kawalerów. Oczywiście Wędkarski Urząd Statystyczny powinien odrzucić tych z nich, którzy mają matki i siostry, bo to w naszym przypadku jest kluczowe. Kochanki można zaakceptować, bo te nie są takie głupie, żeby skrobać, sprawiać ryby. Zresztą sama nazwa wskazuje, że kochanka służy do kochania, a nie do skrobania. Truizm, którego nawet nie trzeba podpierać nauką.

Albo moja teoria zostanie potwierdzona, albo nie. Jednak już teraz obiecuję, że w przypadku niepowodzenia wymyślę nową. Lepszą. Genialniejszą. Bardziej szaloną. Jak te naszych decydentów z PZW. Trzeba się uczyć od najlepszych.   


18 sty 2017

Atraktor czy atraktant?

Dziś chciałbym zwrócić uwagę na to, do jakiego nieporozumienia dochodzi, gdy używamy słowa "atraktor". Wszystko, co naturalne i chemiczne, o jakimś tam smaku, zapachu, kolorze, co dodajemy do przynęt, zanęt, wabików spinningowych itp. w celu przyciągnięcia, zwabienia ryb, błędnie nazywamy atraktorem. 

Tak, to błąd, bo atraktor tyczy się tylko i wyłącznie tego: "Zbiór w przestrzeni fazowej, do którego w miarę upływu czasu zmierzają trajektorie rozpoczynające się w różnych obszarach przestrzeni fazowej. Atraktorem może być punkt, zamknięta krzywa (cykl graniczny) lub fraktal (dziwny atraktor). Atraktor jest jednym z podstawowych pojęć używanych w teorii chaosu" - cyt. z Wikipedii. 


To, co błędnie nazywamy atraktorem, powinniśmy nazywać atraktantem.

Wikipedia tak definiuje atraktant: "Czynniki wabiące – dowolnej natury czynniki (dźwięk, światło, związki chemiczne, kształty lub kombinacje takich sygnałów) o działaniu wabiącym, zwiększające atrakcyjność seksualną, przyciągające gatunki zapylające kwiaty, rozsiewające nasiona, itp. Atraktanty sztuczne i naturalne są wykorzystywane przez człowieka w hodowli zwierząt oraz uprawie wszelkiego rodzaju roślin. Zjawisko atrakcyjności pokarmowej wykorzystuje się w łowiectwie (bardziej w kłusownictwie) wykładając w miejscach polowań atrakcyjną dla zwierzyny karmę, w wędkarstwie, stosując różnego rodzaju przynęty pokarmowe".


Trudno nawet konkretnie ustalić, kiedy doszło do zamiany tych pojęć. Zapewne stało się to niepostrzeżenie, jak to często bywa w tego typu przypadkach. Byłoby słusznym wrócić do poprawnego nazewnictwa, przecież to nasze hobby, które poznajemy, rozwijamy, pielęgnujemy i kochamy. 

Wychodzi na to, że nieświadomie czy świadomie używamy złego pojęcia. Nie chce być inaczej, bo nas, wędkarzy, interesuje atraktant. Atraktor tylko wtedy, gdy ktoś, wędkując, rodzi, tworzy chaos. Trzeba przyznać, że takich przecież nie brakuje.