30.08.2016

"Wstyd". Opowiadanie wędkarskie

 Pojawiłem się na świcie, gdy Richard Nixon ogłosił rozpoczęcie programu załogowych lotów kosmicznych, a w Nigerii zniesiono ruch lewostronny. W kraju propaganda sukcesu towarzysza Gierka zaczynała się toczyć niczym śnieżna kula. Tak się ta kula toczyła, że Wojciech Fortuna zdobył pierwszy złoty medal dla Polski na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Sapporo. Oczywiście nie wiedziałem, że istnieje Nixon, Gierek ani Nigeria czy Sapporo. Ba, ja nawet nie wiedziałem, że istnieje ruch lewostronny, bo u nas na wsi nie przejmowano się takimi głupotami. Była droga, to się jechało przed siebie. Nasze życie biegło spokojnie, a jego rytm wyznaczały pory roku, święta kościelne i festiwale piosenek, które można było oglądać w czarno-białych telewizorach. Połowa mieszkańców wsi tańczyła w soboty na zabawach ludowych, a druga połowa w niedziele modliła się za nich. Należałem wtedy do tej drugiej grupy. Mając kilka lat, z jakiegoś niewiadomego powodu zacząłem przyglądać się wędkarzom, którzy łowili ryby na pobliskim jeziorze. Stało się coś dziwnego, bo odkryłem, że uwielbiam to robić - mogłem godzinami ich obserwować. Kiedyś, miałem wtedy może siedem lub osiem lat, gdy wracałem do domu znad jeziora, uświadomiłem sobie, że też chcę łowić ryby, jak tamci. Do dziś nie wiem, jak to się stało. Rodziców nie poinformowałem o moich planach na przyszłość, bo dobrze wiedziałem, że na takie fanaberie nie ma miejsca w porządnej rodzinie. Po jakimś czasie dowiedziałem się, że pewnie wstąpił we mnie diabeł, bo jak inaczej wyjaśnić moje zainteresowanie rybami. Zapewne diabeł chciał mnie odciągnąć od kościoła, który był dla naszej wsi niczym ta ostoja wartości. Kto nie chodził do kościoła, ten był zły. Zapewne też łowił ryby. Wędkowanie było dla pijaków, nierobów i wszelkiej maści odszczepieńców. Łowienie ryb na wędkę to był wstyd, wielki wstyd. Co innego łowienie tych samych ryb tradycyjnymi metodami, czyli sieciami, podrywkami, czy innymi kłusowniczymi dziełami sztuki ludowej. To była zaradność, przebiegłość i chwały godny spryt, a obywatele, którzy dopuszczali się tego procederu, stawali się miejscowymi bohaterami. Gdy się okazało, że za granicą wioski świat się nie kończy, nabrałem podejrzeń, że muszą być ludzie, którzy łowią ryby, jednocześnie nie wstydząc się tego. Nie myliłem się, byli tacy, nawet wielu. Wtedy już wiedziałem, że żadna siła nie odwiedzie mnie od wędkowania. Głowa może przyjąć rady, ale nie serce. Zdecydowałem, że nikomu nic do mojej głowy, a tym bardziej do serca. Z takim postanowieniem wkroczyłem w szalone lata osiemdziesiąte.

  Miejsce towarzysza Gierka zajął pewien generał, który z tej radości ogłosił stan wojenny. W tamtym czasie interesowało mnie tylko jedno, mianowicie to, czy zabronią łowić ryby. Ksiądz w kościele nic nie wspominał na ten temat, więc pewnie nie zabronili. Był to jeden z przełomowych momentów w moim życiu, bo wiedziałem, że jeśli nie powstrzymał mnie pierwszy sekretarz  KC PZPR i jego wierne służby, to już nikt tego nie zrobi. Przez długi czas wymykałem się na ryby w tajemnicy przed rodzicami. Dziś dochodzę do wniosku, że była to swoista działalność konspiracyjna. Mając naście lat, przeżyłem coś, czego się nie spodziewałem. Wybłagałem u mamy kupno pięknego kija teleskopowego. Tym samym mogłem opuścić podziemny krąg, ujawniając się i krzyczeć co sił w dziecięcej piersi, że jestem wędkarzem. Może młodym, może niedoświadczonym, ale świadomym, z powołania. Jedne rzeczy zmieniały się, inne pozostawały takie same. Miejsce zabaw ludowych zajęły dyskoteki, ale podział na bawiących się w soboty i modlących w niedziele pozostał. Ja natomiast miałem ich wszystkich gdzieś, bo interesowały mnie tylko ryby. I w soboty, i w niedziele. W ciągu tygodnia też. Wtedy już dobrze wiedziałem, kto to Nixon, więc cierpliwie czekałem na moment, gdy obiecane załogowe loty kosmiczne dotrą do naszej wioski. Zawsze byłaby to jakaś atrakcja, bo ile można było biegać do wypadków na najgroźniejszym zakręcie w centrum wsi. Było to już bardzo nudne, bo w co drugim wypadku czy karambolu uczestniczył nasz listonosz, który swoją głową testował twardość blach różnych samochodów. Życie mijało, nawet się nie zorientowałem, że nadeszły lata dziewięćdziesiąte.

  Gdy prezydentem zostawał pewien elektryk, ja jeszcze miałem wymarzony kiedyś kij teleskopowy. Jednak niedługo i to miało się zmienić. Zacząłem bezwstydnie kupować imperialistyczny sprzęt. Gdy inni marzyli o japońskim sprzęcie VHS, ja marzyłem o japońskich kołowrotkach. Nie zmieniło się to, że nadal postrzegano moje wędkowanie jako przejściową i dziwaczną przypadłość. Już wtedy było mi żal tych ludzi, bo nie wiedzieli, co ich czeka w niedalekiej przyszłości. Musieli się pogodzić z tym, że na wsi można mieć psa w domu. Co tam psa, nawet kota. To dopiero był wstyd. Chyba w tamtym okresie przestałem liczyć biegnące lata, bo doczekałem się swojej dorosłości i niezależności. Liczyły się tylko ryby, one były najważniejsze. Nawet nie zdziwiłem się bardzo, gdy kiedyś, wracając z wyjazdu na ryby, zastałem w domu żonę. Cóż, w dwójkę będzie raźniej iść przez życie - pomyślałem. Zapewne popełniłem w tym okresie pewne błędy i zaniedbania, to oczywiste. Chociażby ta sprawa, gdy tak pochłonęły mnie leszcze na pewnym jeziorze, że dopiero po dwóch lub trzech miesiącach zorientowałem się, że te dziwne odgłosy w domu to nie było miauczenie kota, a płacz mojego niedawno narodzonego syna. Może zbytnio mnie to wszystko wciągnęło i porwało, trudno mi to obiektywnie ocenić.

  Dziś nasza wieś żyje niczym metropolia. Ludzie mają zwierzęta w domach, a nawet wychodzą z nimi na spacery, i to na smyczy. Nikt się już tego nie wstydzi. Rodzice zabiegają o to, żeby ich pociechy miały jakieś pasje, łącznie z wędkowaniem. Niestety, dzieci nie są tym zainteresowane, bo mają internet, a w nim cały świat. Ja swoją misję wykonałem, więc mogę już sobie bezkarnie wędkować. Zastanawiam się czasem, czy już aby na pewno nikogo nie obruszam swoją wieloletnią fanaberią. Sam nie wiem, ale czasem zdarza się, że coś czuję, mam jakieś przeczucia. Jeżdżąc na ryby w deszczowe październikowe dni, wlokąc za sobą łódź, często zatrzymywałem się w miejscowym sklepie. Bywało wtedy, że wychwytywałem pewne słowa wypowiadane za moimi plecami przez miejscowych koneserów win. W takich chwilach człowiek wie, że jednak było warto, bo słowa typu: "Chyba go popieprzyło, w taką pogodę na ryby, widziałeś?" sprawiają, że pojawia się dyskretny uśmiech na mojej twarzy. Smuci jednak to, że właśnie ci panowie powinni to bardzo dobrze rozumieć, przecież ja i oni stoimy po tej samej stronie sprawy, walcząc o prawo do marzeń. Żałuję tego, nawet bardzo. Żal mi też tego, że już zapewne nie doczekam załogowych lotów kosmicznych z mojej wsi. Z drugiej strony, skoro wróciły do nas zabawy ludowe, to po co stąd właściwie odlatywać, nawet gdyby miało to być niebo. Pierdzielę, zostaję.

30.05.2016

"Aniele, stróżu mój". Opowiadanie wędkarskie

   Mawiają, że czasem trzeba postawić świat na głowie, by móc postawić go na nogi. Oby to była prawda, bo mój świat wywinął akrobatyczny numer i wypieprzył się na pysk, tak po prostu. Ludzie, którzy go tworzyli i wypełniali, zaczynali przepadać. Rok był trudny, pełen porażek i upokorzeń, nie tylko wędkarskich. Adam obronił tytuł ochlapusa roku, Piotr zakochał się w jakiejś gówniarze z nogami do szyi, a Marcin postanowił, że w przyszłym sezonie zdetronizuje Adama, więc już rozpoczął ciężki i wyczerpujący trening. Napić się jest rzeczą ludzką, przecież dopada to nieszczęśników bez względu na światopogląd, wyznanie, inteligencję. Nie mogę jednak zrozumieć tego, że Piotr, gość, który potrafi uciszyć rozmówcę rzuconą od niechcenia refleksją o jakimś tam syndromie projektującym się na relacje interlokutorskie w specyficznych konwergencjach, blokując koegzystencję kontaktową typologii psycholingwalnej w obrębie fenomenu wędkarz-ryba, traci głowę dla panienki, która walczy o życie, wybierając między włączać a włanczać. To jest dopiero fenomen, niekoniecznie w obrębie, czy coś w tym stylu. Tak się składało, że nie miałem zamiaru rozstawać się z żoną, więc jedynie brałem pod uwagę dołączenie do Adama i Marcina. Wizja nieznośnej lekkości bytu była bardzo kusząca, szczególnie po takich przeżyciach. Czy to wszystko już stanęło na głowie, czy dopiero się przymierzało do przyjęcia tej pozycji? Mógłbym odpowiadać sobie w nieskończoność, ale zapewne tylko okłamywałbym sam siebie. Człowieku, porzuć złudzenia, spójrz prawdzie w oczy, przecież to już koniec. Albo się z tym godzisz, albo nie, proste. Cholera, czy wszystko zawsze musi być czymś warunkowane? Pogódź się z tym, z tamtym, ze sramtym. Ile to ja się już nagodziłem. Jestem już tak pogodzony, że mógłbym założyć kościół dla niepogodzonych. Zapewne moja kompania ludzkich oryginałów, lojalnych towarzyszy wypraw wędkarskich, skurczy się do stanu pierwotnego, a wszystko wróci do czasów, gdy był tylko... pan Heniek? No tak, prawie zapomniałem, przecież Heniek był pierwszy...

   Pan Henryk zawsze powtarzał, że wszystko, co wiem, zawdzięczam jemu. Jest on najmądrzejszym człowiekiem na świecie - powiedział mi to, gdy miałem dwanaście lat. Gdy to zrozumiałem, moje życie nabrało rozpędu. Co tu dużo mówić, miałem barwnego idola i byłem z tego bardzo zadowolony, przecież nie każdy może spotkać na swojej drodze takiego wspaniałego człowieka. Już w tak młodym wieku wiedziałem, kto jest najlepszym kierowcą na świecie i kto ma najlepszy samochód. Najlepszy kierowca musiał mieć najlepszy samochód, było to dla mnie oczywiste. Mając trzynaście lat, wiedziałem, że też kiedyś będę miał Trabanta, takiego jak Pan Henryk. Byłem zapewniany, że części do samochodów starczy nam do śmierci, bo on miał ich bardzo dużo, a jeśli czegoś nie miał, to był w stanie to załatwić. Potrafił wszystko znaleźć i załatwić, to fakt. Przekonałem się o tym wiele razy, ale najbardziej zapamiętałem zdarzenie, gdy ukradziono mu króliki. Wykrzyczał wtedy znamienne: "Ja ich znajdę i załatwię!". Od tej pory wiedziałem, że muszę się trzymać blisko tak zaradnego człowieka. Najważniejsze w tym wszystkim było to, że mój znajomy był również najlepszym na świecie wędkarzem, co także było oczywiste. Mama Pana Henia zawsze powtarzała, że on nic nie robi, tylko pije wino i siedzi na tych rybach. Postanowiłem wtedy, że ja też nic nie będę robił, tylko będę siedział na tych rybach, jak mój mistrz. O winie nie myślałem, bo babcia mówiła, że to jest jeszcze gorsze od łowienia ryb. Moja mama chyba dobrze znała mamę Henia, bo też zaczęła chwalić mnie, że niby tylko siedzę na rybach. Zapewne była dumna ze mnie, że potrafię wstawać o trzeciej w nocy i jeździć na ryby. To musiało być to, bo przecież co innego. 

   Nasze codzienne przesiadywanie nad wodą przerwała straszna tragedia. Pan Henryk musiał zacząć coś robić, więc poszedł do pracy. Byłem pierwszym, który się dowiedział, że "to jest straszna tragedia". Płakałem całą noc, nie mogłem się pogodzić z tym, co spotkało Henia. Długo się zastanawiałem, dlaczego takie tragedie przytrafiają się takim cudownym ludziom. Postanowiłem wtedy, że zrobię wszystko, żeby mnie takie coś nie spotkało, gdy dorosnę. Tak się składało, że babcia często zabierała mnie do kościoła, więc nie mogłem wtedy przesiadywać na rybach, ale za to mogłem się modlić w intencji Pana Henryka. Tak się żarliwie modliłem, że stał się najprawdziwszy cud. Henio został wyrzucony z pracy, niby za wino. Ja swoje wiedziałem: to nie wino, tylko moje modlitwy to sprawiły. Nigdy nikomu się nie chwaliłem, że to moja zasługa, bo znajomość z aniołami postanowiłem zataić. 

   Czas mijał, ja dorastałem, a my nadal wspólnie wędkowaliśmy. Gdy kiedyś siedzieliśmy nad jeziorem, Henryk powiedział mi coś bardzo ważnego. On wtedy nie powiedział, że to coś bardzo ważnego, ale ja to szybko zrozumiałem, bo byłem jego dobrym uczniem. Chodziło o to, że baby są głupie, wszystkie, bez wyjątku, a on się żeni. Byłem załamany, bo nie mogłem się pogodzić z tym, że wszystkie kobiety, które znam, są głupie. Gdy jednak głębiej się nad tym zastanowiłem, to jeszcze bardziej uwierzyłem w mądrość Henia. Mistrz już nie musiał mi dwa razy powtarzać: "Nigdy się nie żeń, nigdy", bo to było dla mnie oczywiste. Najbliższe wydarzenia pokazały, że jego słowa były prorocze, bo głupia żona zabroniła mu wędkować. Już nie jeździliśmy Trabantem na ryby, bo pan Henryk musiał wozić nim swoją żonę do jej mamy. Zdradził mi w tajemnicy, że jego teściowa to jest chyba najgłupsza. Wierzyłem mu, przecież by mnie nie okłamał. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego życie tak doświadczało mojego przyjaciela. Przyszedł w końcu taki moment, że przestałem o tym rozmyślać, bo uznałem, że tak już chyba musi być, a nad wszystkim czuwają moje anioły. 

   Pierwszy raz się pogniewał na mnie, gdy dowiedział się, że kupiłem nową książkę - poradnik wędkarski. Uważał, że czytanie książek, nawet wędkarskich, to głupota i strata czasu. Można nawet oślepnąć od tego. Wiedział, co mówi, bo miał sokoli wzrok. Jakim był mądrym człowiekiem, przekonałem się niedługo, gdy szkolny okulista uznał, że muszę nosić okulary. Płakałem chyba tydzień, żałowałem, że nie posłuchałem Henia. Kolejne nieporozumienia zdarzały się coraz częściej. Gdy kupowałem wędkę, Henio stwierdzał, że to gówno, a nie wędka, gdy pokazywałem mu nowy kołowrotek, nie było inaczej - gówno i tyle. Jedno było pewne - w ciągu krótkiego czasu uzbierałem dużo nowego gówna. Niestety, najgorsze jednak miało nadejść.

   To, że zacząłem wędkować z kolegami, darowałby mi, ale tego, że nie kupiłem Trabanta, nie darował mi chyba nigdy. Uważał, że "Maluch" to najgorsze gówno na świecie, a ja jestem głupi. Wtedy uznałem, że Pan Henryk mnie obraził, bo nazwanie mojego samochodu gównem to przesada, gruba przesada. Nasze drogi się rozeszły, zapewne uznał, że jego nauki poszły na marne.

   Odwiedził mnie dopiero po kilku latach. Długo rozmawialiśmy, chyba całą noc. Obejrzeliśmy wszystkie zdjęcia, które uwieczniały moje wędkowanie. Pokazałem mu cały sprzęt, który zgromadziłem przez lata naszego nie odzywania się do siebie. Widziałem iskry w jego oczach. Był pod wrażeniem moich skarbów, nie ukrywał tego. Powiedział  nawet, że te nowe kołowrotki nie są takie złe. Co prawda nie tak dobre jak Rileh Rex 64, który miał to samo szlachetne pochodzenie co Trabant, ale znośne. Chyba nawet był ze mnie dumny. W przypływie emocji zaczęliśmy planować przyszłe wspólne wyprawy. Mieliśmy odwiedzić miejsca sprzed lat, wszystkie. Cudownie było znów mieć Henia po swojej stronie, ulżyło mi. Znów poczułem radość z tego, że jest moim przyjacielem. 

   Tak się jednak stało, że już nigdy razem nie wędkowaliśmy. Tym razem to zapewne sprawka wina, nie moja. Cóż, dawno zrozumiałem, że pewnych rzeczy się nie zmieni. Babcia by to potwierdziła, bo jej mądrość przeczyła teorii Henia. Gdyby żyła i nadal zabierała mnie do kościoła, to zapewne znowu załatwiłbym Heniowi tę sprawę, ale z drugiej strony, po co było mieszać anioły w kwestie wina. A może już to załatwiały beze mnie, kto to może wiedzieć.


   Ech! Jak anioły będą mi załatwiać aktualne sprawy jak kiedyś tę Heńkową, to będzie kiepsko ze mną. Po co ja się wpieprzam w te wszystkie znajomości. Księdzem mogłem zostać, jak planowała babcia, nie miałbym tyle spowiadania. Swoją drogą, ciekawe, co taki ksiądz zrobiłby na moim miejscu? Zapewne dziewczyna z super nogami nie wchodziłaby w grę, hm.

17.05.2016

Pierwszy czerwca i sandaczowa gorączka

Dla każdego wędkarza ważne są daty. Dla jednych jest to początek sezonu wędkarskiego w danym roku, dla innych początek łowów konkretnych ukochanych ryb. Inni zapewne skrupulatnie odnotowują dzień, w którym przeżyli piękną przygodę z rybą życia. Moją najważniejszą datą jest pierwszy czerwca. Jest tak niezmiennie od lat. Kto raz wpadnie w sandaczowy nałóg, ten już z tego nie wyjdzie. Można uśpić to w sobie, stłumić, ale zabić nie sposób. 

Do magicznej daty pozostało niewiele, więc nadszedł odpowiedni moment na przegląd "gumek". W moim łowisku największym drapieżcą są różnego rodzaju korzenie, które z wielką desperacją atakują każda przynętę. Nie są wybredne, odpowiada im jakakolwiek przynęta w dowolnym kolorze. Są obojętne na sposób prezentacji przynęty oraz na jej pracę własną. Gdybym wyholował wszystkie zaczepy z ukochanego łowiska, mógłby zbudować osiedle drewnianych domów, to pewne. Wniosek z tego płynie prosty, bez kilkunastu przynęt lepiej nie wybierać się na sandacze. Szczęśliwi ci, którzy namierzą te ryby na dnie bez zaczepów. 

Kocham miękkie przynęty. Uwielbiam je oglądać, segregować, porządkować. Jest tylko jeden problem całej tej zabawy, bo ile razy dziennie można przeglądać pudła z przynętami. Cóż, coś trzeba robić w oczekiwaniu na dzień dziecka. 

Sandacze, przybywam! Miejcie się na baczności!