12 sty 2017

"Koniec, czyli początek". Opowiadanie wędkarskie

                                                           
                                                              Koniec, czyli początek


Wydaje się, że wszystkie pory roku przemijają podobnie, bo jest początek, jest koniec. Kończy się zima, często niechciana, zaczyna się wyczekiwana wiosna. Po wiośnie przychodzi wymarzone lato, pełne planów, nadziei, długich dni, ciepłych nocy, czyli kwintesencja życia. Po lecie nastaje jesień, ze swoim smutkiem, nostalgią, niosąc na złotej tacy początek końca. Zima dopina ten swoisty krąg istnienia. Jednak to nieprawda, nie wszystkie pory roku przemijają tak samo, bo człowiek jest tak skonstruowany, zaprogramowany, że najbardziej rozdziera serce ten moment, gdy lato zaczyna się bratać, sprzymierzyć z jesienią. Szczególnie boli, gdy nie zrealizowało się tego, co sprawiało, że tak bardzo się czekało, wierzyło, tęskniło. Nic. Zero wpisane do rocznego dziennika. Kilka upokorzeń, policzków, niezagojonych blizn, bo rozdrapywanych, czyli widok gołego tyłka, który życie bezczelnie pokazało, drwiąc szyderczo. Nie można prosić o więcej czasu, o odroczenie wyroku. Nawet błagania nie zatrzymają tego, co nieuchronne. Wszystko to przypomina pociąg, który się goni, już się wyciąga rękę, żeby zacisnąć ją na klamce ostatniego wagonu, jednak dostaje się zadyszki, zwalnia się, w końcu pada się w geście rozpaczy na kolana, z rozdzierającym bólem, zachłannie łapiąc powietrze. Wtedy tak właśnie się czułem, być może jeszcze gorzej. Rachunek korzyści i strat wyglądał przeraźliwie, bo nie mając nic w rubryce "korzyści", w drugiej rubryce było gęsto: rodzina, praca, znajomości, zdrowie, miesiące życia. Aż tyle postawione w ciemno na minimalną szansę, wręcz na przeraźliwie niemożliwy przypadek. Szaleństwo opętania, głupota beznadziejnie optymistycznych wyborów. Hazard. W zasadzie to już nie rachunek strat i korzyści, raczej świadectwo przegranej. Świadectwo z czerwonym paskiem dla cholernego prymusa.

Jezioro opustoszało. Letnicy opuścili swoje wakacyjne przybytki, a sezonowi łowcy zakończyli pogrom drobnicy. Nawet najtwardsi wędkarze przestali wierzyć, bywało, że na brzegu nie było żywej duszy. Nawet nie było komu skinąć głową w geście powitania i niemego zjednoczenia w walce o marzenia, w bezradnym geście zrozumienia. Jedynymi towarzyszami były mewy, które szaleńczo atakowały świeżo oraną ziemię. Dziesiątki, setki, tysiące mew. I ja. Ranki chłodne, dni zauważalnie krótsze, wieczory niosące mgłę, nieuchronnie zbliżał się koniec lata. Już tylko dni pozostawały do czasu, gdy sandacze na długo opuszczą strefę przybrzeżną. Zawsze tak było, od lat, często wbrew wszelkim zasadom. Znikały z końcem lata niczym wyimaginowane zjawy. Nawet nie wiadomo, czy w ogóle nadal odwiedzały stare miejsca. To chyba było najgorsze, ta niepewność. Został tylko obowiązek, przymus dokończenia tego, co się zaczęło. Wewnętrzny nakaz i resztki sił. I tak dzień po dnu. Marzenia o wielkiej rybie, wszystko inne się nie liczyło. Poczuć siłę przeciwnika, wygrać. Udowodnić sobie, że było warto. Dostać zapłatę za wszystko to, co się poświęciło, co się położyło na szali. W takich chwilach pojawia się pytania o sens tego, co się robi. Wymigiwałem się od odpowiedzi. Odwracałem głowę, udając, że nie słyszę. Czyżby mój pociąg odjechał na dobre? Będzie następny?

Miałem siły już tylko na trzy, cztery godziny spinningowania dziennie. Z radością witałem zachód słońca, bo to oznaczało już tylko minuty męczarni. Ciemności następowały coraz szybciej, uwalniając mnie od chorego obowiązku. Byłem już chyba pogodzony z tym, co przyniesie los. Ba, ja już znałem wyrok. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Nawet tego dnia, gdy zobaczyłem coś, czego już kilka lat nie widziałem. Godzinę przed zachodem słońca, gdy woda zupełnie się uspokoiła, zobaczyłem przed sobą spław potężnego sandacza. Stałem po pas w wodzie, patrząc w to miejsce z niedowierzaniem. To było tak niesamowite, że aż nierealne. Zacząłem się oskarżać o omamy, zwidy. Ryba pokazała się w nieosiągalnej odległości, może to było 150, może nawet 200 metrów. Zachowałem się wtedy jak naiwny szczeniak, bo zacząłem rzucać w kierunku mojego sandacza. Tak! On był mój! Znów poczułem radość z tego, co robię. Wiedziałem jednak, że to tylko taka gra, którą i tak przegram. Byłem świadom, że to, co robię, nie ma najmniejszego sensu, jednak jakaś siła kazała mi nie przestawać. Nawet nie zauważyłem, jak zrobiło się ciemno. Słońce zaszło na dobre. Ja jednak nadal posyłałem przynętę w stronę mojej ryby. Bezmyślnie, w niekontrolowany sposób wchodziłem coraz głębiej do wody. Stałem już na tyle głęboko, że zamaczałem rękawy kurtki. Chyba podświadomie wierzyłem, że w końcu rzucę 200 metrów... Nie rzuciłem. Mało tego, po raz kolejny zaczepiłem przynętę na jednym z pieńków, których tam nie brakowało. Poddałem się. Wystarczy, pomyślałem. Zacząłem wychodzić z wody, jednocześnie naprężając linkę. Unieruchamiając kabłąk kołowrotka, w miarę silnie naciągnąłem plecionkę, próbując zgadnąć, co to za złośliwy zaczep mnie zaatakował. Nie było szans na uwolnienie przynęty, trzeba było rwać. Podniosłem do góry szczytówkę, opuściłem plecionkę, nawinąłem kilka zwojów na dłoń, zacząłem ciągnąć. To, co się wtedy stało, sprawiło, że po raz pierwszy w życiu tak zaczęły mi drżeć ręce, a głowę zaczęło rozpierać straszliwe pulsowanie. Wiedziałem, że to nie zaczep, a sandacz. Wielki sandacz. Błyskawicznie uwolniłem plecionkę, wybrałem powstały luz i mocno wygiąłem kij. Wtedy poczułem te wymarzone, wyczekiwane, charakterystyczne tąpnięcia. Miałem wrażenie, że trzymam linę, na końcu której jest przywiązany byk, oczywiście za rogi. Byk, który stał w miejscu, ale w dzikim szale rzucał głową na wszystkie strony. Stałem tak, siłując się z olbrzymem. On stał, ja stałem. Chyba badaliśmy swoje możliwości. Wtedy stało się, ruszył z taką siłą, z taką wiarą w wygraną, że byłem w stanie jedynie mocno trzymać kij, nic więcej. Dźwięk hamulca kołowrotka był równomierny i monotonny. Ryba odpływała równym tempem, kompletnie nie licząc się ze mną, z moim sprzętem. Zatrzymał się dopiero po dobrych stu metrach, gdy byłem przerażony wizją katastrofy w postaci końca plecionki. Drżącą ręką zacząłem delikatnie zwijać linkę, metr po metrze. Nie wierzyłem, że będzie to możliwe. Czyżby? Nie, nie pozwolił na wiele. Co zabrałem, odzyskał z nawiązką. Ponownie się zatrzymał. Znów rozpocząłem mozolne odzyskiwanie linki, metr po metrze. Tym razem udało się przyholować go dobre kilkanaście metrów. Niestety, na więcej nie pozwolił, bo znów zaczął odpływać. Nadal wolno i dostojnie. Zacząłem rozglądać się po brzegu, ale nie dostrzegłem ani światła latarki, ani nawet żaru papierosa. Byłem sam na sam z moją rybą. Rybą z marzeń. Cieszyłem się tym, co mam, ale wiedziałem, że ryba wygra. Szaleństwem byłoby sądzić inaczej. Gdy się zatrzymał, wtedy zwijałem, ile mogłem. Delikatnie, ale zdecydowanie. Mając przeciwnika kilkadziesiąt metrów przed sobą, znów doświadczyłem jego siły, bo ponownie wybierał plecionkę. Okazało się, że po raz ostatni. Od tej chwili to ja wygrywałem, ryba słabła. Po odzyskaniu trzydziestu, może czterdziestu metrów, zacząłem wycofywać się na brzeg. Po następnych kilku metrach pomyślałem, wręcz uwierzyłem, że nierealne stanie się możliwe. Tak, byłem pewien, że wygram! Gdy był przede mną, może w odległości dwudziestu metrów, zobaczyłem coś, czego nigdy nie zapomnę. Wynurzył się, ostatkiem sił zgiął swoje ciało w łuk, po czym uderzył o powierzchnię wody i... się wypiął. Księżyc był na tyle łaskawy, że pozwolił dostrzec tę scenę. Widziałem sandacza w całej okazałości. Cielsko ryby było potężne, nigdy wcześniej nie widziałem takiego okazu.

Stałem, nie wiedząc, co się stało. Długo nie docierało do mnie, że to już koniec. Nie mogłem się z tym pogodzić, że przegrałem. Po chwili zorientowałem się, że ktoś stoi za moimi plecami i pyta, czy holowałem rybę, bo stąd, gdzie siedział, nie mógł ocenić. - Nie, to nie była ryba. To był jakiś konar - beznamiętnie skwitowałem. Wtedy, gdy to powiedziałem, już byłem pewien, że jednak nie przegrałem. Poczułem się tak, jak dawno się nie czułem, byłem po prostu szczęśliwy. Szczęście przeżywane bez świadków, wewnątrz siebie, bez dzielenia się nim, wydawało się to niemożliwe. Do tej chwili byłem przekonany, że tak się nie da.

W domu byłem później niż zwykle. Żona popatrzyła na mnie życzliwie, uśmiechnęła się, po czym zapytała, czy napiję się herbaty. Od dawna nie pytała, czy coś złowiłem, bo dobrze wiedziała, że tak trzeba.

- Nie zapytasz, czy coś złowiłem? - tajemniczo zaczepiłem.
- Pewnie, zapytam. Złowiłeś coś?
- Kochanie, dobrze wiesz, że nie powinnaś mnie pytać o takie rzeczy - odpowiedziałem z uśmiechem.
- Jutro również jedziesz?
Nie odpowiedziałem. Wiedziała.

Pojechałem. Przez kilka następnych lat również jeździłem. Zapewne nadal będę jeździł. Przecież to nie był koniec. Raczej początek.  


5 gru 2016

List do świętego Mikołaja


Drogi święty Mikołaju!


Piszę do Ciebie list, jak co roku. Mam nadzieję, że tym razem dotrze on do Twoich rąk, bo wychodzi na to, że poprzednie zazwyczaj ginęły. To nie moja sprawa, bo to Twój interes, ale powinieneś zmienić dostawcę korespondencji, ponieważ przez niekompetencję i nieprofesjonalizm innych tracisz swój wizerunek i autorytet, a to tylko krok do zguby. Być może masz też bałagan w sortowni, gdyż dochodzi do częstych pomyłek. Od lat proszę Cię o sprzęt wędkarski, a dostaję skarpety, których mam już pewnie ze sto. Co prawda nie mogę skomponować z nich żadnej pary, ale nie to jest najważniejsze. Przemyślałem pewne sprawy i podjąłem decyzję, że już nie będę prosił Cię o sprzęt, bo już dawno połapałem się, że jeśli nie zapracuję własnymi rękami i sam sobie nie kupię, to nie mam co liczyć na Twoją hojność. Być może masz do mnie jakiś uraz, ale wydaje się, że powinieneś być ponad to, przecież jesteś święty, ja tylko z krwi i kości. Dziwi mnie, że jedni dostają, czego chcą, inni nie. Nie traktuj tego jako zarzut, ale wkurza mnie, że Taki Bogdan dostał w zeszłym roku nowiutką Dacię Logan, a ja - jak zwykle. Gość jeszcze bezczelnie łże, że nie dostał, a kupił! Ciekawe, za co kupił, bo zapewne nie za swoje, raczej za rentę teściowej, która z nimi mieszka. 

W tym roku proszę Cię tylko o przysługę. Wiem, że masz szerokie kontakty, którymi możesz sprawić wiele. Wielokrotnie słyszałem, co potrafisz, więc nie zwódź mnie, nie klucz, nie odmawiaj, bo w przeciwnym razie potraktuję to jako obrazę. Tego byśmy nie chcieli, prawda? Mógłbym też komuś tam napomknąć o Twoich zaniedbaniach. Pamiętaj, na każde Twoje przykre słowo będę miał swoich dziesięć, na każdy krzyk podniosę taki wrzask, takie Ci piekło wyprawię, że na całą okolicę się rozniesie. W naszym kraju mamy teraz wiele zmian, więc wiedz, że na Twoje miejsce znajdą się inni, podobno lepsi. Jeśli się dogadamy, obiecuję, już nigdy nie znajdziesz mojego listu w swojej skrzynce. 

Mikołaju, proszę Cię, żebyś swą mocą sprawił, aby nad moim jeziorem znów pojawiło się życie. Wystarczy, że wrócą tam leszcze i sandacze, to wszystko. Dziś jest tam nieopisanie smutno, ponuro, nie do zniesienia. Przecież pamiętasz, jak wspaniale było tam kiedyś. Nie było hałaśliwych, panoszących się letników, byli wędkarze, pasjonaci. Zawsze jechałem tam pełen nadziei, wiary, głodny przygody. Tęsknota za tym miejscem była nieopisana, wywołująca silne podniecenie, wręcz gorączkę - wszystko to było warte poświęceń. Siła tego miejsca powodowała swoistą obsesję u jednych, opętanie u innych. Dziś to jezioro straszy ponurością swoją i cierpieniem, przeraża nicością. Moja tułaczka po gliniankach, stawach i innych wysoce zorganizowanych miejscach uciech wędkarskich dowiodła, że starych drzew się nie przesadza, bo duszą się, marnieją, usychają. Tego również byśmy nie chcieli, tak? 

Ufam, że tym razem pozytywnie rozpatrzysz moją prośbę, tym samym zyskasz przyjaciela. Na zawsze. 

                                     
                                                                                                                                                Jacek 


2 gru 2016

Spinningi Konger World Champion II

Wiele lat temu firma Konger stworzyła serię spinningów, która podbiła serca wielu wędkarzy. Oferta była kompleksowa, ponieważ obejmowała delikatne kije do połowu okoni (Mikros), jak i do polowania na duże ryby łososiowate (Salmon). Zapewne trudno znaleźć spinningistę, który nigdy nie słyszał o kultowym Tangu lub Zanderze. Przyznaję, że mam wielki sentyment do tych wędzisk, ponieważ kij Tango o długości 270 cm jest chyba najszczęśliwszym wędziskiem, jakie dotychczas miałem. Tak, jestem pewien, moje najwspanialsze wędkarsko lata to te, gdy zawsze była przy mnie ta świetna okoniówka. Wielce radosne jest to, że tym stosunkowo delikatnym kijem wyholowałem kilkukilogramowe sandacze i ładnego szczupaka (miał być sandcz, ale niezbadane są wyroki opatrzności). Równie bliski był mi spinning Zander - on również tworzył moją wędkarską historię. Tak się nawet stało, że dwóm kolegom "wcisnąłem" te kije, gdy poszukiwali stosownego sprzętu na sandacze. Z całą odpowiedzialnością można stwierdzić, że cała seria World Champion była i jest bardzo udana, a stosunek ceny do jakości jest fenomenalny. 

Jakiś czas temu, gdy przeglądałem nowości sprzętowe, natknąłem się na coś, w co początkowo nie mogłem uwierzyć, co sprawiło, że mój puls przekroczył krytyczną granicę. Okazało się, że Konger wprowadził drugą generację spinningów o nazwie World Champion. Katalogowy opis producenta jest następujący:

"Doskonały przykład tego, że bardzo dobre może być jeszcze lepsze. World Champion zapisał się w pamięci wędkarzy jako, można śmiało rzec, klasa sama dla siebie. Postanowiliśmy zatem dać drugą młodość wędkom uwielbianym przez rzesze spinningistów. Odświeżyliśmy nieco design pierwszych World Championów, oraz poprawiliśmy ergonomię uchwytu aby móc z dumą zaprezentować Wam serię World Champion II. Wygląd wędek z tej serii wpisuje się w trendy nowoczesnego wędkarstwa, lecz nie odstaje od cenionego poprzednika. Kije uzbroiliśmy w przelotki Fuji Alconite i uchwyt kołowrotka Fuji VSS. Ergonomicznie profilowana rękojeść wykonana jest z eleganckiego korka klasy AA wykończona korkogumą. Stonowane omotki z subtelnym ozdobnikiem kontrastującym z barwą blanku są uzupełnieniem tego eleganckiego wyglądu. Estetyka wykonania tej serii idzie w parze z jej właściwościami użytkowymi. Szerokość oferty pozwoli każdemu wymagającemu wędkarzowi dobrać wędkę zgodnie z jego oczekiwaniami i upodobaniami".

Z zaskoczeniem, ale i radością przyjąłem fakt, że darowano sobie teksty o modułach, sprężystościach, tonach nacisku na matę węglową w procesie produkcyjnym, rdzeniach, domieszkach alchemicznych związków i tym podobnych frazesach bez pokrycia. Ile to już razy nabierano nas na takie numery, ech! W tym wypadku bazowano na tym, co osiągnięto wcześniej. Podoba mi się taka taktyka, nawet bardzo.

Wychodzi na to, że są to zupełnie inne kije od swoich poprzedników, bo ich masa jest niższa, są uzbrojone w lepsze przelotki i w lepszy uchwyt. Wykończenie, estetyka również jest na wyższym poziomie. Cóż, nie dziwi cena, bo jest również  wyższa. 

Ciekawe jest to, że nie wszystkie stare modele poddano transformacji. Dotychczas oferowane były (nadal są) następujące modele spinningów Konger World Champion: Elvis, Mikros, Tango, Dancer, Impuls, Turbo, Kobalt, Classik, Zander, Salmon.

Po przebudowie są natomiast dostępne następujące wędziska: Tango, Dencer, Impuls, Turbo, Kobalt, Classic, Zander, Salmon. Wniosek jest prosty, nie uwzględniono Mikrosa i Elvisa. Szkoda. 

Biorąc pod uwagę cenę spinningów i to, co za nią otrzymujemy, wypada się cieszyć, bo w tym wypadku również można mówić o dobrym stosunku ceny do jakości. Moim faworytem jest model Zander o długości 285 cm i ciężarze wyrzutowym do 35 gramów. Wydaje mi się, że szybko zaprzyjaźnię się za tą sandaczową wklejanką. Stary Zander był troszeczkę ciężki, ale znosił wiele - tak przy wyrzucie, jaki i przy holu. Dane katalogowe kija dają nadzieję na nową jakość, bo waga 165 gramów przy długości 285 centymetrów to świetny wynik. Oczywistym jest, że nie mogę się doczekać, ale to zrozumiałe. Zapewne z tego nie będę musiał sie tłumaczyć, przynajmniej taką mam nadzieję. Sandacze, drżyjcie!

Cóż, wędziska te nie należą do najtańszych, więc trudno spodziewać się, że trafią do wielkiej ilości wędkarzy. Zapewne nie przebiją popularnością swoich tańszych poprzedników, ale to chyba nie jest największym problemem, jeśli w ogóle jest jakimkolwiek problemem. Ważne, że mamy z czego wybierać, co autentycznie cieszy. Oby więcej takich niespodzianek ze strony innych producentów.