26 sty 2017

Zabierasz, skrobiesz!

"Mięsiarstwo - stan umysłu, zespół zachowań charakteryzujący jednostki traktujące wędkarstwo wyłącznie jako sposób na pozyskiwanie rybiego mięsa. Często z pominięciem, odrzuceniem jakichkolwiek norm pisanych i niepisanych. Wielkość pozyskiwanych ryb nie ma znaczenia, liczy się ilość. Ilość opisywana kilogramami. Pozyskiwanie ryb generalnie następuje bez względu na zapotrzebowanie czy możliwości przerobowe. Co nie zostaje zjedzone, jest rozdawane - często dochodzi do problemów z przechowywaniem, magazynowaniem. Mięsiarstwu zazwyczaj towarzyszy odrzucenie jakiejkolwiek przyjemności wynikającej z wędkowania. W dużej mierze jest to warunek spełnionego miesiarstwa, mięsiarstwa przez duże M. Hasłami przewodnimi, reprezentującymi m. są: "Karta musi się zwrócić", "Przecież zapłaciłem za ryby", "Ch...j ci do tego!", "Chcesz w ryj?". Mięsiarstwo nie ma twarzy. Jego reprezentanci to ludzie z rozległego przedziału zawodów, o zróżnicowanym statusie społecznym i materialnym. Bywa, że ci bogaci i wykształceni przodują, przewodzą grupie" - prof. Rutilus Esox (założyciel, wieloletni szef Instytutu Badań nad Mięsiarstwem). 


Niniejszym chciałbym obwieścić wszem i wobec, że ponownie dopuściłem się wiekopomnego odkrycia naukowego. Nieskromnie napiszę, że dokonałem przełomu w walce z tak zwanym wędkarskim mięsiarstwem. Zapewne nagroda Nobla dla mnie będzie formalnością, jednak już dziś oznajmiam potencjalnym przyjaciołom, że nie będę nikomu pożyczał pieniędzy, które wiążą się z tym zaszczytem. 

Po wielu latach benedyktyńskich, wyczerpujących badań opracowałem sposób, dzięki któremu nasze wody będą bogate w to, co my, wędkarze, kochamy, czyli w ryby. Będzie można się realizować do upadłego. Jestem pewien, że nawet Anglicy będą do nas przyjeżdżać. Co tam Anglicy! Będziemy niedoścignionym przykładem dla całego wędkarskiego świata. Japończycy ze swoimi aparatami fotograficznymi, Szwedzi, Hiszpanie znad Ebro - to potencjalni goście naszych pięknych rzek i jezior. Właściciele hoteli, pensjonatów i gospodarstw agroturystycznych właściwe już teraz mogą zaczynać naukę języków obcych, bo będzie można zarobić trochę grosza. Mi neme its... tfu! My name is... 

Niecierpliwy czytelnik zapewne zapyta, na czym polega przełom, odkrycie? Już wyjaśniam. Idea mojej metody jest bardzo prosta, ogranicza się tylko i wyłącznie do jednego nakazu, który brzmi następująco: zabierasz, skrobiesz! Proste, ale genialne, prawda? Prowadząc wspomniane badania, przypadkowo dokonałem innego, ale równie ważnego odkrycia. Oto ono: Pan Bóg stworzył kobietę, żeby było komu skrobać ryby. Mając to udowodnione i opisane, nie pozostało mi nic innego, jak połączyć nici wiodące do celi. Cel został osiągnięty, co za chwilę udowodnię. 

Teraz przechodzę do części naukowej, więc proszę o wyjątkowe skupienie. Zaobserwowałem, że zdecydowana większość wędkarzy to mężczyźni. Udowodniłem, że panowie w 99,99% przypadków nigdy nie skrobią złowionych i przyniesionych do domu ryb. Zazwyczaj wszystko sprowadza się do dumnego rzucenia siaty z rybami pod nogi żony, nawet bez słowa wyjaśnienia, a następnie do udania się z kumplami, zazwyczaj z tymi samymi, z którymi wędkowali, do baru czy knajpy. Oczywiście w celu zrelaksowania się po ciężkim dniu czy nocy nad wodą. Ale nie tylko, bo także istotą takich wypadów z kumplami na piwo jest przeżywanie i emocjonalne konsumowanie zwycięstwa nad zmiennocieplnymi stworzeniami. Mówiąc w dużym skrócie: jest to festiwal "czego to nie złowiłem", "ile to nie złowiłem", "jak mi nie pier...", "a inni to tylko patrzyli" itp. Oczywiście w trakcie takich biesiad jest ustalany termin następnych łowów. I tak w kółko. Mijają dni, tygodnie, miesiące, lata. Nic się nie zmienia, może oprócz worów pod oczami żon. W dużej mierze od wspomnianego notorycznego skrobania ryb po nocach. Bo nie jest tajemnicą, że gdy szanowny mąż wraca do domu o czwartej nad ranem po gitarę, małżonka jest dopiero w trakcie filetowania czy mielenia co większych leszczyków. A gdzie reszta, czyli płotki, krąpie, okonki, wzdręgi? 

W celu uzdrowienia sytuacji musi dojść do ustawowego nakazu skrobania własnoręcznie złowionych ryb. Nie ma od tego odwrotu. Już nie będzie piwka, kumpli, kebabów i przechwałek. Nie uwalniasz ryb, będzie własnoręczne skrobanie! Wędkowanie, skrobanie, wędkowanie, skrobanie. Aż do skutku. A jaki będzie skutek? A no taki, że po czterech nocach spędzonych na skrobaniu rybek, zmięknie rura największemu miłośnikowi rybich mielonych kotletów. To pewne. Wyniki moich badań jasno wskazują, że mężczyźni nie zrezygnują z piwa i kolegów, szczególnie po wędkowaniu, oj nie. Który z nas zamieni butelkę piwa na skrobaczkę? Piwo, skrobaczka, piwo, skrobaczka. Piwo! Wolność!

A ryby? A ryby zostaną tam, gdzie ich miejsce - w wodzie. Wtedy to dopiero będzie można opowiadać, ha! Już nie o kilogramach drobiazgu, ale o okazach, o rekordach, o heroicznej walce z potworem z głębin. Takie to będą czasy. 

Żeby wprowadzić w życie mój plan, konieczne będą testy i badania na odpowiedniej grupie wędkarzy. Wydaje się, że idealni byliby kawalerzy. Tak, trzeba przeprowadzić przymusowe badania wędkujących kawalerów. Oczywiście Wędkarski Urząd Statystyczny powinien odrzucić tych z nich, którzy mają matki i siostry, bo to w naszym przypadku jest kluczowe. Kochanki można zaakceptować, bo te nie są takie głupie, żeby skrobać, sprawiać ryby. Zresztą sama nazwa wskazuje, że kochanka służy do kochania, a nie do skrobania. Truizm, którego nawet nie trzeba podpierać nauką.

Albo moja teoria zostanie potwierdzona, albo nie. Jednak już teraz obiecuję, że w przypadku niepowodzenia wymyślę nową. Lepszą. Genialniejszą. Bardziej szaloną. Jak te naszych decydentów z PZW. Trzeba się uczyć od najlepszych.   


18 sty 2017

Atraktor czy atraktant?

Dziś chciałbym zwrócić uwagę na to, do jakiego nieporozumienia dochodzi, gdy używamy słowa "atraktor". Wszystko, co naturalne i chemiczne, o jakimś tam smaku, zapachu, kolorze, co dodajemy do przynęt, zanęt, wabików spinningowych itp. w celu przyciągnięcia, zwabienia ryb, błędnie nazywamy słowem atraktor. 

Tak, to błąd, bo atraktor tyczy się tylko i wyłącznie tego: "Zbiór w przestrzeni fazowej, do którego w miarę upływu czasu zmierzają trajektorie rozpoczynające się w różnych obszarach przestrzeni fazowej. Atraktorem może być punkt, zamknięta krzywa (cykl graniczny) lub fraktal (dziwny atraktor). Atraktor jest jednym z podstawowych pojęć używanych w teorii chaosu" - cyt. z Wikipedii. 


To, co błędnie nazywamy "atraktorem", powinniśmy nazywać "atraktantem".

Wikipedia tak definiuje atraktant: "Czynniki wabiące – dowolnej natury czynniki (dźwięk, światło, związki chemiczne, kształty lub kombinacje takich sygnałów) o działaniu wabiącym, zwiększające atrakcyjność seksualną, przyciągające gatunki zapylające kwiaty, rozsiewające nasiona, itp. Atraktanty sztuczne i naturalne są wykorzystywane przez człowieka w hodowli zwierząt oraz uprawie wszelkiego rodzaju roślin. Zjawisko atrakcyjności pokarmowej wykorzystuje się w łowiectwie (bardziej w kłusownictwie) wykładając w miejscach polowań atrakcyjną dla zwierzyny karmę, w wędkarstwie, stosując różnego rodzaju przynęty pokarmowe".


Trudno nawet konkretnie ustalić, kiedy doszło do zamiany tych pojęć. Zapewne stało sie to niepostrzeżenie, jak to często bywa w tego typu przypadkach. Byłoby słusznym wrócić do poprawnego nazewnictwa, przecież to nasze hobby, które poznajemy, rozwijamy, pielęgnujemy i kochamy. 

Wychodzi na to, że nieświadomie czy świadomie używamy złego pojęcia. Nie chce być inaczej, bo nas, wędkarzy, interesuje atraktant. Atraktor tylko wtedy, gdy ktoś, wędkując, rodzi, tworzy chaos. Trzeba przyznać, że takich przecież nie brakuje. 



12 sty 2017

"Koniec, czyli początek". Opowiadanie wędkarskie

                                                           
                                                              Koniec, czyli początek


Wydaje się, że wszystkie pory roku przemijają podobnie, bo jest początek, jest koniec. Kończy się zima, często niechciana, zaczyna się wyczekiwana wiosna. Po wiośnie przychodzi wymarzone lato, pełne planów, nadziei, długich dni, ciepłych nocy, czyli kwintesencja życia. Po lecie nastaje jesień, ze swoim smutkiem, nostalgią, niosąc na złotej tacy początek końca. Zima dopina ten swoisty krąg istnienia. Jednak to nieprawda, nie wszystkie pory roku przemijają tak samo, bo człowiek jest tak skonstruowany, zaprogramowany, że najbardziej rozdziera serce ten moment, gdy lato zaczyna się bratać, sprzymierzyć z jesienią. Szczególnie boli, gdy nie zrealizowało się tego, co sprawiało, że tak bardzo się czekało, wierzyło, tęskniło. Nic. Zero wpisane do rocznego dziennika. Kilka upokorzeń, policzków, niezagojonych blizn, bo rozdrapywanych, czyli widok gołego tyłka, który życie bezczelnie pokazało, drwiąc szyderczo. Nie można prosić o więcej czasu, o odroczenie wyroku. Nawet błagania nie zatrzymają tego, co nieuchronne. Wszystko to przypomina pociąg, który się goni, już się wyciąga rękę, żeby zacisnąć ją na klamce ostatniego wagonu, jednak dostaje się zadyszki, zwalnia się, w końcu pada się w geście rozpaczy na kolana, z rozdzierającym bólem, zachłannie łapiąc powietrze. Wtedy tak właśnie się czułem, być może jeszcze gorzej. Rachunek korzyści i strat wyglądał przeraźliwie, bo nie mając nic w rubryce "korzyści", w drugiej rubryce było gęsto: rodzina, praca, znajomości, zdrowie, miesiące życia. Aż tyle postawione w ciemno na minimalną szansę, wręcz na przeraźliwie niemożliwy przypadek. Szaleństwo opętania, głupota beznadziejnie optymistycznych wyborów. Hazard. W zasadzie to już nie rachunek strat i korzyści, raczej świadectwo przegranej. Świadectwo z czerwonym paskiem dla cholernego prymusa.

Jezioro opustoszało. Letnicy opuścili swoje wakacyjne przybytki, a sezonowi łowcy zakończyli pogrom drobnicy. Nawet najtwardsi wędkarze przestali wierzyć, bywało, że na brzegu nie było żywej duszy. Nawet nie było komu skinąć głową w geście powitania i niemego zjednoczenia w walce o marzenia, w bezradnym geście zrozumienia. Jedynymi towarzyszami były mewy, które szaleńczo atakowały świeżo oraną ziemię. Dziesiątki, setki, tysiące mew. I ja. Ranki chłodne, dni zauważalnie krótsze, wieczory niosące mgłę, nieuchronnie zbliżał się koniec lata. Już tylko dni pozostawały do czasu, gdy sandacze na długo opuszczą strefę przybrzeżną. Zawsze tak było, od lat, często wbrew wszelkim zasadom. Znikały z końcem lata niczym wyimaginowane zjawy. Nawet nie wiadomo, czy w ogóle nadal odwiedzały stare miejsca. To chyba było najgorsze, ta niepewność. Został tylko obowiązek, przymus dokończenia tego, co się zaczęło. Wewnętrzny nakaz i resztki sił. I tak dzień po dnu. Marzenia o wielkiej rybie, wszystko inne się nie liczyło. Poczuć siłę przeciwnika, wygrać. Udowodnić sobie, że było warto. Dostać zapłatę za wszystko to, co się poświęciło, co się położyło na szali. W takich chwilach pojawia się pytania o sens tego, co się robi. Wymigiwałem się od odpowiedzi. Odwracałem głowę, udając, że nie słyszę. Czyżby mój pociąg odjechał na dobre? Będzie następny?

Miałem siły już tylko na trzy, cztery godziny spinningowania dziennie. Z radością witałem zachód słońca, bo to oznaczało już tylko minuty męczarni. Ciemności następowały coraz szybciej, uwalniając mnie od chorego obowiązku. Byłem już chyba pogodzony z tym, co przyniesie los. Ba, ja już znałem wyrok. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Nawet tego dnia, gdy zobaczyłem coś, czego już kilka lat nie widziałem. Godzinę przed zachodem słońca, gdy woda zupełnie się uspokoiła, zobaczyłem przed sobą spław potężnego sandacza. Stałem po pas w wodzie, patrząc w to miejsce z niedowierzaniem. To było tak niesamowite, że aż nierealne. Zacząłem się oskarżać o omamy, zwidy. Ryba pokazała się w nieosiągalnej odległości, może to było 150, może nawet 200 metrów. Zachowałem się wtedy jak naiwny szczeniak, bo zacząłem rzucać w kierunku mojego sandacza. Tak! On był mój! Znów poczułem radość z tego, co robię. Wiedziałem jednak, że to tylko taka gra, którą i tak przegram. Byłem świadom, że to, co robię, nie ma najmniejszego sensu, jednak jakaś siła kazała mi nie przestawać. Nawet nie zauważyłem, jak zrobiło się ciemno. Słońce zaszło na dobre. Ja jednak nadal posyłałem przynętę w stronę mojej ryby. Bezmyślnie, w niekontrolowany sposób wchodziłem coraz głębiej do wody. Stałem już na tyle głęboko, że zamaczałem rękawy kurtki. Chyba podświadomie wierzyłem, że w końcu rzucę 200 metrów... Nie rzuciłem. Mało tego, po raz kolejny zaczepiłem przynętę na jednym z pieńków, których tam nie brakowało. Poddałem się. Wystarczy, pomyślałem. Zacząłem wychodzić z wody, jednocześnie naprężając linkę. Unieruchamiając kabłąk kołowrotka, w miarę silnie naciągnąłem plecionkę, próbując zgadnąć, co to za złośliwy zaczep mnie zaatakował. Nie było szans na uwolnienie przynęty, trzeba było rwać. Podniosłem do góry szczytówkę, opuściłem plecionkę, nawinąłem kilka zwojów na dłoń, zacząłem ciągnąć. To, co się wtedy stało, sprawiło, że po raz pierwszy w życiu tak zaczęły mi drżeć ręce, a głowę zaczęło rozpierać straszliwe pulsowanie. Wiedziałem, że to nie zaczep, a sandacz. Wielki sandacz. Błyskawicznie uwolniłem plecionkę, wybrałem powstały luz i mocno wygiąłem kij. Wtedy poczułem te wymarzone, wyczekiwane, charakterystyczne tąpnięcia. Miałem wrażenie, że trzymam linę, na końcu której jest przywiązany byk, oczywiście za rogi. Byk, który stał w miejscu, ale w dzikim szale rzucał głową na wszystkie strony. Stałem tak, siłując się z olbrzymem. On stał, ja stałem. Chyba badaliśmy swoje możliwości. Wtedy stało się, ruszył z taką siłą, z taką wiarą w wygraną, że byłem w stanie jedynie mocno trzymać kij, nic więcej. Dźwięk hamulca kołowrotka był równomierny i monotonny. Ryba odpływała równym tempem, kompletnie nie licząc się ze mną, z moim sprzętem. Zatrzymał się dopiero po dobrych stu metrach, gdy byłem przerażony wizją katastrofy w postaci końca plecionki. Drżącą ręką zacząłem delikatnie zwijać linkę, metr po metrze. Nie wierzyłem, że będzie to możliwe. Czyżby? Nie, nie pozwolił na wiele. Co zabrałem, odzyskał z nawiązką. Ponownie się zatrzymał. Znów rozpocząłem mozolne odzyskiwanie linki, metr po metrze. Tym razem udało się przyholować go dobre kilkanaście metrów. Niestety, na więcej nie pozwolił, bo znów zaczął odpływać. Nadal wolno i dostojnie. Zacząłem rozglądać się po brzegu, ale nie dostrzegłem ani światła latarki, ani nawet żaru papierosa. Byłem sam na sam z moją rybą. Rybą z marzeń. Cieszyłem się tym, co mam, ale wiedziałem, że ryba wygra. Szaleństwem byłoby sądzić inaczej. Gdy się zatrzymał, wtedy zwijałem, ile mogłem. Delikatnie, ale zdecydowanie. Mając przeciwnika kilkadziesiąt metrów przed sobą, znów doświadczyłem jego siły, bo ponownie wybierał plecionkę. Okazało się, że po raz ostatni. Od tej chwili to ja wygrywałem, ryba słabła. Po odzyskaniu trzydziestu, może czterdziestu metrów, zacząłem wycofywać się na brzeg. Po następnych kilku metrach pomyślałem, wręcz uwierzyłem, że nierealne stanie się możliwe. Tak, byłem pewien, że wygram! Gdy był przede mną, może w odległości dwudziestu metrów, zobaczyłem coś, czego nigdy nie zapomnę. Wynurzył się, ostatkiem sił zgiął swoje ciało w łuk, po czym uderzył o powierzchnię wody i... się wypiął. Księżyc był na tyle łaskawy, że pozwolił dostrzec tę scenę. Widziałem sandacza w całej okazałości. Cielsko ryby było potężne, nigdy wcześniej nie widziałem takiego okazu.

Stałem, nie wiedząc, co się stało. Długo nie docierało do mnie, że to już koniec. Nie mogłem się z tym pogodzić, że przegrałem. Po chwili zorientowałem się, że ktoś stoi za moimi plecami i pyta, czy holowałem rybę, bo stąd, gdzie siedział, nie mógł ocenić. - Nie, to nie była ryba. To był jakiś konar - beznamiętnie skwitowałem. Wtedy, gdy to powiedziałem, już byłem pewien, że jednak nie przegrałem. Poczułem się tak, jak dawno się nie czułem, byłem po prostu szczęśliwy. Szczęście przeżywane bez świadków, wewnątrz siebie, bez dzielenia się nim, wydawało się to niemożliwe. Do tej chwili byłem przekonany, że tak się nie da.

W domu byłem później niż zwykle. Żona popatrzyła na mnie życzliwie, uśmiechnęła się, po czym zapytała, czy napiję się herbaty. Od dawna nie pytała, czy coś złowiłem, bo dobrze wiedziała, że tak trzeba.

- Nie zapytasz, czy coś złowiłem? - tajemniczo zaczepiłem.
- Pewnie, zapytam. Złowiłeś coś?
- Kochanie, dobrze wiesz, że nie powinnaś mnie pytać o takie rzeczy - odpowiedziałem z uśmiechem.
- Jutro również jedziesz?
Nie odpowiedziałem. Wiedziała.

Pojechałem. Przez kilka następnych lat również jeździłem. Zapewne nadal będę jeździł. Przecież to nie był koniec. Raczej początek.